Kategorie: Wszystkie | Filozofia
RSS
niedziela, 16 grudnia 2007

Do jasnych dążąc głębin - nie mógł trafić w sedno
Śledź pewien, obdarzony naturą wybredną.
Dokądkolwiek wędrował, zawsze na daremno:
Tu jasno, ale płytko - tam głębia, lecz ciemno.

                            Tadeusz Kotarbiński
15:34, mazur_rafal
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 października 2007
O etycznej wartości działania zespołowego

W poniższym eseju będę starał się uzasadnić tezę, że działania zespołowe, a raczej umiejętność podejmowania takich działań, cechuje się wysoką, dodatnią wartością etyczną, szczególnie w obecnych czasach. W myśl tej tezy indywiduum niepotrafiące, czy też niechcące wchodzić z innymi w działania kolektywne o charakterze zespołowym, prezentuje postawę etycznie wątpliwą, a wręcz moralnie naganną. Bynajmniej jednak, nie jest to teza w imię której można pozbawiać jednostkę indywidualizmu i oryginalności, sprowadzając wszystkie indywidua do quasi-identycznych egzemplarzy gatunku. Postaram się wyjaśnić ideę działania zespołowego i jego etyczne znaczenie dla współczesnego społeczeństwa.

Po pierwsze należy, zatem wyjaśnić, co to jest zespół i co to jest działanie zespołowe, w odróżnieniu od innych form działalności kolektywnej. Nie ma bowiem wątpliwości, że kolektywne działanie może być przykładem działania mechanizującego i pozbawiającego jednostkę indywidualności, jak na przykład niewolnicza praca w łagrach stalinowskich. Jeśli chcemy wykazać etycznie dodatnie walory pracy grupowej, musimy w samej działalności kolektywnej, odszukać przykład systemu, który będzie oddziaływał pozytywnie, zarówno na  swoje elementy, jak i na otoczenie i w ten sposób nabierał wartości etycznej. Pozwolę sobie dla nazwania takiego systemu użyć terminu zespół i następnie doprecyzować znaczenie, w jakim będę go używał. Jest to bowiem termin kolokwialny i w tym wypadku mnogość znaczeniowa bardziej zaciemnia niż rozjaśnia jego walor użyteczności dla mojej pracy. Pod terminem zespół rozumiem więc, pewną działalność kolektywną, spełnianą przez przynajmniej dwa indywidua, polegającą na świadomym współdziałaniu w imię realizacji wspólnego, założonego wczesniej celu. Członków zespołu łączą więc relacje nie przygodne i niewymuszone. W myśl tego rozumienia terminu, wykonywanie takich samych bądź podobnych czynności, w tym samym miejscu bądź/i czasie nie jest jeszcze pracą zespołową. Wykonywanie tych czynności pod komendą jednej, dowodzącej osoby, również nią nie jest. Należy wykluczyć z określania mianem działania zespołowego sytuacje, gdy np. jeden lider dyktuje działanie grupie bezwolnych lub siłą przymuszonych wykonawców. Należy również wykluczyć przypadek, gdy precyzacja celu i wybór środków do jego realizacji odbywa się na drodze siłowego wymuszenia aprobaty dla swego pomysłu przez jedną osobę, lub przez grupę osób. Praca zespołowa ma miejsce dopiero w momencie zaistnienia świadomego, niewymuszonego współdziałania, a pomiędzy członkami istnieją relacje o charakterze partnerskim, a nie oparte na modelu panowania jednych nad innymi. Podkreślić należy świadomość celu, a co za tym idzie używania środków do jego realizacji przez członków zespołu. Gwarantuje ona pełne uczestnictwo w działaniu grupy, nie tylko bierną, mechaniczną realizację wskazanych, bądź wymuszonych przez kogoś innego czynności. Również niezwykle ważny i konieczny do podkreślenia jest partnerski charakter relacji łączący członków zespołu. W mojej opinii, może on być tak daleko posunięty, iż zespół w realizacji celu może obyć się bez jednego konkretnego przywódcy/kierownika, a może na przykład w toku rozwoju sytuacji wyłaniać z pośród siebie coraz to innego prowadzącego, w zależności od wymogów warunków zewnętrznych, oraz od indywidualnych walorów poszczególnych jednostek. Tu też ważna uwaga – zespół składa się z różnorodnych elementów, jednostek obdarzonych cechami indywidualnymi, może więc działając reagować na różnorakie sytuacje, wykorzystując indywidualny potencjał tworzących go elementów. W tym znaczeniu terminu zespół, nie ma możliwości złożenia takiego kolektywu ze zdehumanizowanych jednostek, pozbawionych indywidualności, zdolności do wyrabiania w sobie cech i umiejętności specyficznych. Ponieważ rzeczywistość dostarcza nam wielorakich przykładów działalności kolektywnej niespełniających powyżej wymienionych warunków działania zespołowego (praca przy taśmie produkcyjnej, działania militarne za pomocą „zasobów ludzkich” itp.), należy stwierdzić, że nie każde działanie grupowe możemy nazwać zespołowym.

Sposób użycia terminu zespół został już mniej więcej nakreślony, zastanówmy się zatem, nad jego związkiem z etyką. Jakie znaczenie etyczne może mieć działalność zespołowa i w jaki sposób zespołowość z etyką się spotyka? W tym momencie sięgam po wsparcie do mądrzejszego ode mnie, gdyż u mądrzejszych uczyć się należy i przytaczam znaczenie terminu etyka w rozumieniu prof. T. Kotarbińskiego. Otóż prof. Kotarbiński uważa, iż w najszerszym swym znaczeniu etyka zawiera w sobie teorię sprawnego działania – prakseologię, teorię życia szczęśliwego – felicytologię i etykę właściwą – w najwęższym znaczeniu. A etyka właściwa to krótko mówiąc sprawy sumienia. I w rzeczy samej, kwestie niepokojące nasze sumienie zawsze odnoszą się do grupowości. Albowiem, jak powiada prof. Kotarbiński: „Atoli pędzi się życie nie w samotności i sprawy własne łączą się i zawęźlają z cudzymi. Na podłożu tych splotów powstają między innymi układy wartości i oceny wahające się między czcią najwyższą a najgłębszą pogardą etyczną. To dziedzina etyki w najściślejszym tego słowa znaczeniu. Zawsze tu idzie o więź z innymi istotami zdolnymi do tego, by odczuwać, w szczególności odczuwać cierpienie, zawłaszcza zaś o stosunek do ludzi związanych z danym podmiotem działania więzią społeczną o charakterze pozytywnego lub negatywnego współdziałania. Ta sfera zdarzeń rodzi problem treści sumienia, jeżeli przez sumienie rozumieć całokształt intuicyjnych przeświadczeń o tym co haniebne, a co czcigodne; a dalej – zagadnienie głównych odmian motywacji i zachowania się zasługującego na etyczną pochwałę lub na naganę etyczną […]Nie ucichły spory między wyznawcami nadprzyrodzonego pochodzenia, a więc i zawartości nadprzyrodzonej tzw. głosu sumienia (która to supozycja nosi wszelkie znamiona fantastyki), a socjologami tłumaczącymi jej genezę i zasadność warunkami bytu społecznego.[1]

Widać, zatem na tym przykładzie, że etyka w ścisłym tego słowa znaczeniu zawsze odnosi się do działań w grupie, w kolektywie, w społeczności. Człowiek, bez odniesień społecznych, bez odniesień do innych istot będących adresatami jego działań, miałby kłopot z oceną swoich czynów. W rzeczywistości człowiek przez cale swoje życie jest niejako „wmontowany” w społeczność. W niej się rodzi, w niej istnieje, z nią walczy i nawet gdy się dystansuje, to dystansuje się „od niej”. W akcie ostatecznego opuszczenia gromady, pozostaje ona wciąż odniesieniem w stosunku, do którego nowa, samotnicza rzeczywistość, konstytuuje się.

Ale stwierdzenie, iż etyka dotyczy działania w zbiorowości, jeszcze nie implikuje tego, iżby działania zespołowe miały jakiś wyjątkowy walor etyczny. Jest to wręcz wbrew intuicjom niektórych kierunków rozwoju osobowości w otaczającej nas kulturze, które podkreślają samodzielność i samowystarczalność. Istnieje wręcz moralny obowiązek, aby „krzyż swój samemu nieść” i nie obarczać innych swoimi kłopotami, a mądrość ludowa nawet od samowystarczalności uzależnia powodzenie w realizacji naszych życiowych planów, co werbalizuje się w wezwaniu/przestrodze: „licz na siebie”. Kolokwialne powiedzenia na różne sposoby akcentują, że „czego sam nie zrobisz, tego nikt inny za ciebie nie zrobi”, podkreślając tym samym ideał samodzielności i samodbania, a w domyśle stawiając, co najmniej pod znakiem nieufności cudzą pomoc, poleganie na kimś innym. Takiego rodzaju rady i zachowania nimi dyktowane, mogą oczywiście mieć swoje racje bytu i mogą być nawet słuszne, w rzeczywistości, w której nie możemy ufać innym członkom wspólnoty gatunkowej, ale co ważniejsze, w rzeczywistości, w której możemy istnieć samowystarczalnie. Tu dotykamy problemu, przy którym teza o moralnych walorach działania zespołowego nabiera znaczenia. Ideał samowystarczalności jest realizowalny w świecie, w którym faktycznie jednostka jest w stanie wytworzyć wszystkie potrzebne jej do istnienia przedmioty, w świecie, w którym za pomocą tylko swoich działań jest w stanie zapewnić sobie byt, w którym jest w stanie samodzielnie zaspokoić wszystkie swoje potrzeby. Nie wdając się w roztrząsanie zagadnienia, czy takie czasy kiedyś rzeczywiście istniały, musimy stwierdzić, iż teraz one miejsca nie mają. Żyjemy w rzeczywistości o wysokiej komplikatoryce i co za tym idzie, o wysokiej specjalizacji, jeśli chodzi o działalność ludzką. Historia nas uczy również, iż taką postać świat ma nie od dzisiaj. Można się oczywiście spierać na temat tego, czy np. w średniowiecznej Francji można było żyć samowystarczalnie i w izolacji od reszty społeczeństwa, choć sądzę, że tak zwane „elity” zawsze miały z tym problem, tak bardzo były uzależnione od pracy innych, jednakże co najmniej od ery wczesnoprzemysłowej, ciężka i co ważniejsze czasochłonna praca niektórych, jeśli nie większości, przy wytwarzaniu pewnych specjalistycznych produktów, zmuszała ich do korzystania z pracy innych osobników, w celu zaspokojenia potrzeb życiowych. Zawsze prawdopodobnie, można było osiągnąć ideał samowystarczalności poprzez ograniczenia tych potrzeb, niemniej wraz z rozwojem społeczeństwa i zmianami w jego stylu życia, stawało się to coraz bardziej kłopotliwe. Poza tym, warto się zastanowić, jaki jest sens w rezygnacji z takich zdobyczy cywilizacji jak np. medycyna, w imię samowystarczalności w sensie wytwórczym. Kultywując styl życia coraz bardziej uprzemysłowionego społeczeństwa, wpadamy w sieć powiązań i zależności, co do których istnienia często nie zdajemy sobie sprawy, uważając je za coś naturalnego. Uczestniczymy zatem w życiu grupy, będąc coraz bardziej zależnymi w zaspokajaniu naszych nawet najprostszych potrzeb życiowych od pracy innych ludzi. I teraz jest miejsce na postawienie pytania: jak w takiej wyspecjalizowanej społeczności żyć?



[1] T. Kotarbiński, „Medytacje o życiu godziwym”, Wiedza Powszechna, Warszawa 1967, str. 15-16

19:45, mazur_rafal
Link Dodaj komentarz »
O etycznej wartości działania zespołowego 2

W pierwszym momencie, rzecz jasna, wyłaniają nam się dwa przeciwstawne modele istnienia w społeczności. Można żyć zgodnie i niezgodnie. Pozwolę sobie zacząć od charakterystyki drugiego, gdyż pierwszy jest moim celem i jego opisem chciałbym zwieńczyć dzieło. Niezgodnie można żyć, krotko mówiąc, realizując swoje cele i zaspokajając własne potrzeby, nie zważając na to, jakim kosztem się tego dokonuje, biorąc pod uwagę pozostałych członków społeczeństwa. W grupach, w których przyjdzie nam działać, a przyjdzie niechybnie biorąc pod uwagę postępujące przeludnienie i globalizację, powinniśmy wymuszać realizację naszych celów, starać się obejmować autorytarne przywództwo, dążyć do realizacji własnych planów nie cofając się nawet przed groźbą. Wobec opornych musimy przyjmować postawę agresywną, domniemywając, iż gdy okażemy słabość, oni na nas wymuszą działania dla siebie korzystne. Takie czasy, człowiek w pojedynkę już niewiele może zdziałać, a ludzi tak wielu, że poszczególnych potrzeb wszystkich jednostek nie da się zrealizować. Trzeba zatem okazać siłę i wymusić posłuch na innych, w razie potrzeby wejść w konflikt i wygrać go. Wiem, że na szkoleniach dla pracowników koncernów globalnych, tego rodzaju postawa, niezwykle pożądana, nazwana jest „asertywną”, co wynika chyba ze zwykłego przejęzyczenia, gdyż jej prawdziwe miano to postawa „agresywna”. Nie jest też ona niczym nowym w dziejach kontaktów międzyludzkich, nabiera jednak znaczącej wagi w czasach globalizacji i przeludnienia, gdy konflikty lokalne mogą się szybko rozprzestrzenić na całą populację, zamieniając się w konflikt globalny. Ten model relacji interpersonalnych, czy tez intergrupowych zawsze miał negatywny wydźwięk etyczny, a nabiera go tym mocniej w dzisiejszych czasach, gdy członkowie społeczeństwa już globalnego są połączeni siecią coraz mocniejszych zależności i akty przemocy nie przechodzą bez echa i konsekwencji. Trzeba stwierdzić, iż model egoistycznego realizowania swoich potrzeb poprzez wymuszanie działań na innych jednostkach, jest silnie konfliktogenny i jako taki, mogący doprowadzić do poważnych kłopotów w dalszym istnieniu ludzkiej cywilizacji, musi być rozpoznany jako etycznie naganny.

W opozycji do niego stoi model zgodnego współżycia, który nie jest niczym innym, jak modelem działania zespołowego, zgodnie z charakterystyką tego terminu poczynioną powyżej. Model ten, bowiem zakłada już współdziałanie na etapie określania celów, a co dopiero na etapie realizacji. Ale czy to oznacza, że powinniśmy poświęcić nasze osobiste potrzeby, nasze własne chęci, dążenia, przystosowując je do bliżej nieokreślonych potrzeb grupowych, czyli de facto niczyich, bo nie personalnych? Czy w tym wypadku właśnie nie zdehumanizujemy się, czy nie zamienimy się w robocze mrówki, niedbające o własne potrzeby, a o potrzeby mrowiska? I kto nami pokieruje w takim wypadku? Otóż nikt nami nie pokieruje, a konkretnie nikt pojedynczy, sami to zrobimy, wspólnie. Jest rzeczą oczywistą, że istniejąc w grupie zróżnicowanych indywiduów, nie jest realnym zrealizowanie w równym stopniu wszelkich potrzeb wszystkich członków grupy. Aby zgodnie i bezkonfliktowo przeżyć w takiej grupie, należy się nauczyć samoograniczać swoje potrzeby (tego, w imię przeżycia, ludzie zawsze musieli się uczyć) i w realizacji potrzeb nauczyć się respektować zdanie innych. I co chyba najważniejsze, nauczyć się z innymi komunikować, wytyczać wspólne cele i drogi ich urzeczywistniania, nie w oparciu o model wymuszania, ale w oparciu o model rozsądnego samoograniczenia indywidualnych realizacji, w imię bezkonfliktowego przetrwania całości. Albowiem ideałem nie jest uczynienie tylko siebie szczęśliwym, ale zgodne współegzystowanie z innymi, co nie jest możliwe bez realizacji potrzeb tych innych. Należy więc wyważyć pomiędzy potrzebami wszystkich a możliwościami realizacyjnymi społeczności i wspólnie kreować rzeczywistość, w której wszyscy członkowie społeczności będą się czuli podobnie komfortowo. W dzisiejszych czasach jest to wyzwanie o wymiarze globalnym. Lokalne działania mają coraz większy wpływ na całościowy obraz świata. Sytuacja na świecie, jest już kreowana bezpośrednio przez lokalne wydarzenia i najmniejszy nawet konflikt w mikroskali, może mieć nieobliczalne, globalne konsekwencje.

W takim kontekście, umiejętność działania w zespole jawi nam się jako konieczność dla bezkonfliktowego współżycia społecznego, a w sytuacji kiedy konflikt może mieć niezwykle brzemienne skutki dla całej cywilizacji ludzkiej, jawi nam się jako umiejętność konieczna. Etycznie dodatnie będą zatem działania zmierzające do propagowania współdziałania w znaczeniu zespołowym, zmierzające do coraz lepszego wypracowywania umiejętności działania zespołowego. Działanie takie, jak każde działanie ludzkie, może podlegać bowiem rozwijaniu i ulepszaniu. I w obliczu konieczności współistnienia w coraz większej grupie społecznej, połączonej coraz ściślejszymi więzami zależności w zaspokajaniu potrzeb, od najistotniejszych życiowo po zbytkowne, wydaje się obowiązkiem, z punktu widzenia etyki, pogłębianie umiejętności pracy zespołowej. Brak takich umiejętności, albo niechęć do podejmowania partnerskich działań zespołowych zagrożone są bowiem konfliktem, który w dzisiejszym świecie może się bardzo szybko rozprzestrzenić, a przy zgromadzonym przez ludzkość arsenale środków do zabijania, może przybrać formę ostateczną. Umiejętność zespołowej współpracy jawi się w związku z tym, nie tylko jako wartościowa etycznie. Nabiera ona znaczenia imperatywu kategorycznego, obowiązku moralnego. Konflikt bowiem, wywołany nieumiejętnością, bądź niechęcią do tego typu działań, w wyniku którego pokrzywdzona zostanie choć jedna osoba, nie mówiąc już o skutkach globalnych, nie jest obojętnym dla naszego sumienia. Zakończę moje rozważania głosem już przywołanego wczesniej prof. Kotarbińskiego, gdyż z jego to prac czerpałem natchnienie dla swoich rozmyślań: „Marzy mi się taki układ świata, izby każdy mógł wszędzie na globie ziemskim czuć się jak u siebie, a jest to marzenie bynajmniej nie utopijne, choć długodystansowe. Na szczęście wzrost wiedzy, przyspieszony rozwój techniki, ekspansja gospodarcza i organizacja wszystkich działań ludzkich – na miarę naszych czasów – zmuszają ludzkość do jedności. Każdy bowiem z zamieszkałych zakątków pozostaje w rosnącej zależności od wszystkich innych, a zależność ta zmierza do przejścia w dylemat: albo wzajemna pomoc powszechna, albo zdruzgotanie wszystkich w skali światowej.[1]



[1] T. Kotarbiński, „Drogi dociekań własnych – fragmenty filozoficzne”, PWN, Warszawa 1986, str.389

19:43, mazur_rafal
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 maja 2007
Brzydki jest ten swiat

Wolę brzydotę

Jest bliżej krwiobiegu

Słów gdy prześwietlać

Je i udręczać

Stanisław Grochowiak

Jeden z krakowskich malarzy zapytany , dlaczego w jego obrazach jest tyle brzydkich twarzy i to niezależnie od tematu, ujęcia itd. odpowiedział, że przecież ludzie są rzeczywiście brzydcy, wystarczy uważnie się przyjrzeć ich pokracznym ruchom i zdrezorganizowanym twarzom.

Brzydota prawdopodobnie towarzyszy człowiekowi od momentu gdy zaczął on świadomie odczuwać Piękno, innymi słowy od momentu gdy zyskał poczucie estetyki. Z wartością Brzydoty wiąże się problem wartości „negatywnych”, albo innaczej mówiąc antywartości. Przez dłuższą część swojej historii, człowiek nie przyznawał tym wartościom prawa do samodzielnego bytu, rozumiejąc Brzydotę, Zło i inne wratości negatywne jako brak wartości pozytywnych. Szczególnie w sztuce, jako jednym z nośników Piękna to przekonanie było zakorzenione w związku z Wielką Teorią Piękna jak nazwał ją Tatarkiewicz, która definiowała Piękno jako równowagę i harmonię proporcji i obowiązywała w Europie w różnych swoich odmianach do mniej więcej przełomu XVII i XVIII wieku. Brzydota po prostu była brakiem Piękna. Owszem, pełniła w sztuce pewną rolę, ale sama jako taka nie istniała, nie miała prawa do własnej kategoryzacji, istniała tylko jako opozycja do Piękna. Aby wyrazić dokładniej tę myśl warto podkreślić, że Piękno nie istniało jako opozycja Brzydoty, jak można by dzisiaj logicznie wnioskować, lecz posiadało własny autonomiczny byt i zostało przez Platona zaliczone do Triady najwyższych ideii obok Prawdy i Dobra, co wyraziło się w ideale kalokagatii. Brzydocie pozostawał status „braku Piękna”. Lecz zarazem już właśnie w starożytności zaczęto sobie zdawać sprawę, że aby ukazać w sztuce złożoność spraw ludzkich, bez brzydoty trudno się obejść. Elementy brzydoty zawierały np. postacie komiczne, osoby które były potępione, wykpione. Arystoteles w Poetyce pisał: „Komedia, jak stwierdziliśmy, jest naśladowczym przedstawieniem ludzi gorszych, lecz bynajmniej nie w aspekcie wszystkich ich wad, a tylko w zakresie brzydoty, której częścią jest śmieszność” (Poetyka, 1448a). Brzydota została więc już w starożytności wprowadzona do sztuki i ukazana środkami artystycznymi, przez co stała się nie antytezą wartości estetycznych, lecz jedną z nich, choś może starożytni nie do końca zdali sobie z tego sprawę. Przez długo jednak jeszcze okres czasu Brzydota służyła tylko jedynie kontrastowi do Piękna, aby przez jego brak pokazać nam jak dotkliwy jest to brak. Przez wprowadzenie do sztuki Brzydoty uzyskano szersze możliwości prezentowania świata, większe mozliwości wyrażania problemów związanych z człowiekiem i z jego światem. Sztuka tendencyjna wykorzystywała Brzydotę do piętnowania tego co złe, ukazując Zło w szacie Brzydoty, w opozycji do Piękna będącego w szatach Powabu. Szczególnie w średniowieczu Brzydota używana była symbolicznie, do ukazania stanu braku Piekna . Tego rodzaju dychotomia stawała Brzydotę w sytuacji moralnie co najmniej podejrzanej. Często sugerowano, że Brzydota jest bezpośrednim refleksem dewiacji charakteru ludzkiego. Słowem ukazywano konieczne powiązanie pomiędzy Brzydotą a Złem. Platon stwierdził że Brzydota nie tylko jest znakiem niedoskonałości moralnej, jest ona również znakiem niedoskonałości ontologicznej. W „Hippiaszu Wiekszym” mówi, że ludzie są brzydcy gdy się ich porównuje z bogami, a małpa jest brzydka gdy się ją porównuje z człowiekiem. Uznał on Brzydotę za wyrażenie niższości ontologicznej.

Brzydota głównie jednak jest uważana za wartość lokującą się w dziedzinie estetyki. W japońskim znaczeniu słowa Brzydota - „minikiu”, co oznacza „ciężkie do oglądania”, jest ona rozumiana głównie jako wartość postrzegana zmysłowo. Przerażliwy dźwięk atakuje zmysł słuchu, a np. zdeformowana twarz atakuje zmysł wzroku. I właśnie w sztuce, której domeną jest oddziaływanie zmysłowe, w najnowszych czasach Brzydota zyskuje nową kwalifikację, autonomiczny byt, przestając już być antytezą Piękna. W sztuce nowoczesnej w miejsce kanonu Piękna wprowadzone zostały nowe wartości- horror, brzydota, straszność. Służą one do uwydatniena tezy, że świat jest inny niż się wydaje w potocznym ujęciu. Brzydota uświadamia nam, że świat nasz, nie jest światem ładu, spokoju, porządku, symetrii, doskonałości. Brzydota odsłania bezmiar ułomności i niedoskonałości. Odsłania nędzę moralną, koszmar nieczystego sumienia, złych czynów, chaos rzeczywistości zepsutej, będącej w rozkładzie. Innymi słowy odsłania przed nami wszystkimi, to co od wieków próbujemy przed sobą zasłonić, o czym próbujemu zapomnieć, a co w najmniej spodziewanych momentach wychodzi na wierzch. Brzydota odsłania nam mroczne głębie naszej duszy, mroczne głębie bytu ludzkiego. Odsłonięty ten aspekt nas samych, budzi lęk, sprzeciw i odrazę. Świat wyrażony w brzydocie odpycha nas od siebie, ale zarazem ku sobie przyzywa. Choć uważamy go za niższy od naszych ideałów i od tego jakimi sami według naszych wyobrażeń jesteśmy,choć oceniamy go negatywnie, jest on zarazem dla nas zagadkowy i nieprzenikniony. Sztuka ujawniająca wartość Brzydoty wzywa nas do przeniknięcia tych mroków. Świat ten nie jest ani wrogi, ani przyjazny, nie zagraża nam ani nie śpieszy z pomocą. Po prostu istnieje, nie tylko poza nami, lecz także w nas samych. Nie pozostajemy obojetni wobec niego. Możemy np. się czuć lepszymi od czynnika wyrażającego Brzydotę w dziele sztuki, lecz zarazem doznajemy bezsilności, nie mamy wpływu na to czy brzydota będzie, czy nie będzie dalej istniała, a wraz z nią wyrażony w niej świat.

Gołaszewska w swoich rozważaniach na temat Brzydoty zauważa, ze artyści tworzą dzieła odznaczające się Brzydotą po to, by wyrazić świat, taki, jakim jest on faktycznie. Do tej koncepcji np. odwołuje się BUTOH, japoński współczesny taniec, który zerwał z tradycją tworzenia sztuki na pokaz, na rzecz uzyskania w tańcu „totalnej obecności”, to znaczy tworzenia sztuki, która wyraża samo bycie, zarówno człowieka we wszechświecie, jak i wszechświata w człowieku. Aby móc osiagnąć „totalną obecność” artysta musi nauczyć się „dostrajania” do własnego ciała i badać relacje z przestrzenią wokół siebie i ze światem. BUTOH zmierza więc nie do osiągnięcia jakiegoś estetycznego ideału, ale do obnażenia duszy tancerza, w jej banalności, brzydocie i śmieszności. Legendarny tancerz BUTOH, Tatsumi Hijikata mawiał, że kiedy zaczyna myśleć, że lepiej byłoby dla niego, aby był kaleką i kiedy tym kaleką chce być, to jest to pierwszy krok w kierunku BUTOH. Poprzez brzydotę ujmuje się więc świat, okazuje sie ona być wartością najtrafniej go charakteryzującą, najbardziej zbliżającą nas do ukaznia prawdy o nim, i zarazem o nas samych. Gołaszewska zauważa, że świat Piękna to świat doskonały i niezależny od człowieka, gdy tymczasem świat wyrażony w Brzydocie zawsze jest światem w którym rozpoznajemy nasz własny. Dawniej sądzono, że istnienie wiąże się z Prawdą, Dobrem i Pieknem (transcendentalia bytu), założeniem współczesnych artystów zaś jest, iż właśnie Zło i Brzydota są bytem, natomiast Piękno i Dobro czymś nierzeczywistym i złudnym. Brzydota budzi niepokój, poprzez nasze „odnajdywanie się w Brzydocie”, odczuwamy że nasza wyższośc nad światem przez Brzydotę wyrażanym jest pozorna. Człowiek odwraca się od Brzydoty, lecz równocześnie rodzi sie w nim podejrzenie, czy aby przypadkiem sam taki nie jest? Czy sam nie należy do tego świata? Doznanie brzydoty skłania nas do autorefleksji, do rewizji naszych dotychczasowych mniemań o sobie i o świecie. Dotychczasowe wyobrażenie o uporządkowaniu świata, rozpada się, podobnie zostaje podważone nasze mniemanie o sobie. Z jednej więc strony można ująć Brzydotę jako wartość burzącą porządek konstytuowany dzięki wartościom pozytywnym, z drugiej jednak pobudza ona imperatyw poszukiwania porządku nowego, bardziej istotnego, bez konieczności postawy afirmującej rzeczywistość. Dzięki Brzydocie możemy dostrzec, że obszary wymykające się racjonalności, moralnej wytrzymałości, są czymś ludzkim, są w nas, mimo że nie bardzo chcielibyśmy o tym wiedzieć.

12:11, mazur_rafal
Link Dodaj komentarz »
Brzydki jest ten świat cd

Paradoksalnie,dzieki tym zabiegom autonomizującym Brzydotę jako odrębnie istniejącą wartość, uległa ona osłabieniu. W rozważaniach współczesnej estetyki, oswojona Brzydota będąca niezbywalnym elementem świata, staje się momentem w stawaniu się Piekna. Dzięki możliwości dostrzeżenia Brzydoty i oblicza świata który ona wyraża, możemy ten świat symbolicznie opanować. Przestając klasyfikować Brzydotę jako antywartość zaczynamy nadawać jej wartość pozytywną. Rzeczy brzydkie z uwagi na swój wyraz i charakter, wywołują kontemplację estetyczną. Taką kontemplację przedmioty mogą wywołać tylko ze względu na ujmowanie ich jako “estetyczne plus”. Jako wartość pozytywna zaczyna Brzydota mieścić się w naczelnej estetycznej wartości jaką jest Piękno. We współczesnej sztuce, panuje przekonanie, że nigdy nie wiadomo czy określony rodzaj Brzydotu nie stanowi drogi do osiągnięcia Piekna. Zamiana Brzydoty w Piekno jest oczywiście niekonsekwencją logiczna i możliwa jest tylko w wypadku, gdy Brzydota okazuje się być odmianą Piękna. Jak więc widać, mimo uzyskania suwerenności istnienia, Brzydota nie może pozbyć się swoich ścisłych związków z Pięknem. Jeśli nie jest po prostu jego antytezą, to okazuje się być Pięknem niepełnym, czymś z czego Piękno może wyrosnąć. Jeśli jednak przyjmiemy, że Brzydota jest odrębną wartością, zapytajmy na czym polega jej odrębność. Czym Brzydota sama w sobie jest?

Aby rozważyć to pytanie, najpierw sięgnijmy do tych wszystkich rzeczy, które przez lata historii człowieka były przez Brzydotę reprezentowane, w odróżnieniu od rzeczy które były afirmowane przez skojarzenie z Pięknem. Głębsza analiza tych zjawisk może ukazać nam, że nasze poczucie Brzydoty zdaje wyłaniać się z naszej generalnej niezdolności do rozumienia i przyswajania zmiany i inności jako takiej, niezależnie czy nazywamy tę inność barbarzyńskością, dziwnością, irracjonalnościa (wierzymy w racjonalność natury czlowieka), zmysłowością i w ogóle wszyskimi czynnikami świata opierającymi się naszemu zrozumieniu i nie mieszczącymi się w naszym pojmowaniu rzeczywistości. W takim ujęciu nasze pragnienie Piekna i przywiązanie do niego, może być odbiciem naszego pragnienia ustabilizowania i uporządkowania rzeczywistości. I może sie to odbywać na drodze artystycznego strukturalizowania świata.

Nasza awersja do Brzydoty wiąże się bezsprzecznie z tym co ona reprezentuje, zarówno w otaczającym nas świecie jak i w nas samych. Brzydkie są wszystkie rzeczy niezrozumiałe i obce, wszystko co określamy szerokim mianem Inne, Brzydota jest także związana z nami samymi,jest związana z naszym przemijaniem w czasie, z fizyczną degradacją naszego ciała. Idąc dalej, jest bezpośrednio związana z naszym lękiem przed nieuchronną śmiercią. Nie potrafiąc sobie z tym problemem poradzić, z racji jego nieodwracalności, człowiek próbował odsuwać go od siebie, chowając za kurtyną Brzydoty. Lecz fakt, że sie starzejemy pozostaje faktem, jak i również fakt że na starość tracimy gładkość naszych oblicz, oraz że w efekcie tego starzenia się ,umieramy.Nieumiejętność współistnienia z tą świadomością sprawia, żę Brzydotę kojarzoną ze stanem starości i umierania, spychamy do wartości negatywnych, a nawet, jak historia pokazuje, odmawiamy jej prawa do istnienia. Nie na wiele oczywiście tego rodzaju zabiegi się zdają, Brzydota i wszystko co z nią związane wciąż istnieją. Człowiek się starzeje i umiera w świecie, w którym otaczają go rzeczy obce, niezrozumiałe i dziwne. Dzięki sztuce próbujemy przenikać ten świat, tak obcy nam, choć jak do tej pory okazuje się to niewykonalne. Ale obcując z Brzydotą istniejącą w sposób autonomiczny we współczesnej sztuce, próbując oswoić się z jej obliczem, równocześnie uczymy się obcowac i współistnieć z tym wszystkim co jest za nią schowane. Konstatujemy istnieni Inności w otaczającym nas świecie, jak i w nas samych. Akceptując Brzydotę nie w znaczeniu negatywnym, umożliwiamy sobie spojrzenie na nią z dystansem i bez dotychczasowych emocji. Możemy “rozumniej” popatrzeć na innych jak i na przemiany które w nas zachodzą. Odrywając się od autorytaryzmu i jedyności Piękna, dopuszczamy istnienie Innego obok nas. Brzydota łączy się z wizją świata, gdzie miejsce harmonii jaką sobie wyobrażalismy, zajmuje porządek od nas niezależny, być może w pierwszej chwili odczytywany jako chaos. Świat ten jest pełen tajemnic, kryje najrozmaitsze zasadzki, przynosi ciągle coś nieoczekiwanego, co zakłóca naturalny bieg życia i powoduje zachwianie równowagi człowieka. Obcując z Brzydotą bez odtrącania jej, uczymy się tej równowagi nie tracić. Akceptując Brzydotę jako wartośc pozytywną, nie uznajemy jej za coś “nieczystego”, nie przeznaczamy jej do eliminacji. Akceptując Brzydotę jako niezbywalny element świata, dostrzegamy jego nie Piękne oblicze, bez poczucia konieczności zmieniania go. Zyskujemy wielowymiarowość rzeczywistości bezpośrednio otaczającej nas. Współistniejąc z Innością uczymy się jej i zaczynamy pozytywnie na nią reagować, dostrzegając w niej nowośc, a w nowości pozytywność.Na tym gruncie zrozumiałe może być spostrzeżenie uczynione przez współczesną psychologię: rzeczy brzydkie równoczesnie odpychają nas, oraz przyciągają. Ciekawość jest nieodłącznym elementem charakteru człowieka, a nic tak nie ciekawi jak Inność. Choć również przeraża i odstręcza. Obydwa te przeżycia mieszają sie w człowieku, jak we współczesnej sztuce Piekno z Brzydotą. Pozwala nam więc Brzydota współistnieć ze światem nie wyobrażonym a rzeczywistym, oraz z nami samymi, nie do końca dla nas samych poznanymi.

Poeta Stanisław Grochowiak, uczynił z Brzydoty swój program artystyczny, traktując ją jako bliższą autentyczności, prawdy, związaną z indywidualnym piętnem człowieka. Gdy czlowiek odrzuci tkwiącą w nim Brzydotę staje się nijaki. Pozbycie się indywidualnego brudu, zła, brzydoty stanowi jedynie o konformiźmie, wyzbyciu się indywidualnego piętna osobowości, zrównania do jakiejś, powszechnie akceptowanej średniej.

Są bo na świecie ludzie tak wymyci

Że gdy przechodzą

Nawet pies nie warknie

Choć ani święci

Ani też są cisi

12:09, mazur_rafal
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 października 2006
Chińskie przysłowie:
Bezużyteczną rzeczą jest uczyć się, lecz nie myśleć, a niebezpieczną myśleć, a nie uczyć się niczego.
09:11, mazur_rafal
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 marca 2006
Zmarł Stanisław Lem.
Smutek!
20:43, mazur_rafal
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 stycznia 2006
Sztuka walki a improwizacja

Poniżej prezentuję odpowiedz mojego nauczyciela Tai Ji, Jaromira Śniegowskiego, na pytanie o techniki jakie powinno się użyć by zwyciężyć przeciwnika w walce. Stan umysłu, bowiem, jaki powinien osiągnąć adept sztuki walki, jest moim zdaniem bardzo podobny, do stanu umysłu który musi osiągnąć muzyk-improwizator.

Style"wewnętrzne" opierają się przede wszystkim na dobrym opanowaniu własnego ciała i tym, że umysł skupiony jest na "tu i teraz", a nie zajęty założeniami teoretycznymi, przewidywaniem przyszłości czy możliwych konsekwencji postępowania. Z tego względu nie można podać informacji na temat prawidłowej reakcji na np. uderzenie pięścią. Jakiekolwiek sztywne założenie ograniczałoby możliwość reakcji, która zależna jest nie tylko od techniki czy sposobu ataku, ale i ogólnie od sytuacji: inaczej zachowamy się, jeśli przeciwnik jest wyższy czy niższy. Na sposób reakcji powinno wpływać także nasze samopoczucie, ocena poziomu napastnika itd.
Z tego względu adept tai ji nie powinien przewidywać żadnej konkretnej techniki czy sposobu zachowania, ale zadbać o to, by jego umysł znajdował się w odpowiednim stanie; skupienie się na tym, co się naprawdę dzieje (a nie na tym, czego się boimy lub co przewidujemy) z reguły pozwala na działania adekwatne do sposobu ataku.
Właściwy stan umysłu uzależniony jest od gwarantującej równowagę pozycji i ułożenia własnego ciała. Pomaga w nim także widzenie sytuacji jako układu działających sił, a nie konkretnych ludzi (zbyt wiele szczegółów do kontrolowania). Trening "pchających dłoni" w gruncie rzeczy nie uczy jakichś specjalnych zachowań, lecz po pierwsze: oswaja z kontaktem z agresorem, co sprzyja spokojowi w sytuacji zwarcia; po drugie - na wyższym stopniu - uczy jak kontrolować w tej sytuacji własną energię; po trzecie - jak kontrolować energię przeciwnika, koordynując z nią energię własną. Niestety, by dokładniej to wyjaśnić, konieczna jest praktyczna demonstracja, gdyż nie da się tego wyjaśnić słowami. W każdym razie chodzi o rzeczy raczej proste i praktyczne, a nie o żadne czary czy "zabijanie siłą umysłu".
Zrównoważona pozycja umożliwia także dowolne działanie w każdym kierunku bez uprzedniego przygotowania, co często pozwala uprzedzić akcję przeciwnika - lub pomieszać mu szyki. Tekst z klasyki tai ji powiada: "Gdy przeciwnik się nie porusza, ja nie poruszam się także; gdy zrobi ruch w jakimś kierunku - ja już tam jestem". Chodzi tu właśnie o takie zjawisko, które możliwe jest dzięki równowadze ciała i umysłu. Wynika z tego, że właściwą reakcją jest raczej unik (gdy przeciwnik kończy atak, jestem już gdzie indziej i kontratakuję), lecz nie może być to schemat do zastosowania. Według tekstów klasycznych sposób reakcji na atak zależy od poziomu umiejętności: początkujący najpierw kontroluje przeciwnika, a potem kontratakuje (blok lub przechwyt, potem cios), bardziej zaawansowany czyni to jednocześnie, a zaawansowany nie potrzebuje ręki do kontroli przeciwnika, bo czyni to za pomocą wyobraźni i uwagi, a więc rzeczywiście, stosuje jakby unik i cios. Jeśli jednak umiejętności są na poziomie początkującego lub słabo zaawansowanego, takie postępowanie jest błędem. Można do tego dodać, że wskazówki te odnoszą się też do umiejętności napastnika: gdy jest on początkujący, można najpierw go skontrolować, potem odpowiadać; jeśli jest zaawansowany, takie zachowanie nie ma szans powodzenia.
Na koniec należy dodać, że jeśli zakłada się, że właściwą odpowiedzią jest użycie siły agresora przeciwko niemu samemu, wówczas jak ognia należy unikać wszelkich konkretnych założeń i technik. To siła napastnika i jej kierunek powinny dyktować nam rozwiązanie sytuacji, a nie założone wcześniej prawidła.

Więcej informacji o Tai Ji na stronie: http://www.chen.org.pl/

21:13, mazur_rafal , Filozofia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 grudnia 2005
Poznanie

Henri Bergson uważał, że obraz rzeczywistości, który przedstawia nam nauka, nie jest pełnym obrazem. Nauka jest działaniem, które ma bardzo praktyczny cel. Poszukuje takiego opisu rzeczywistości, który by pozwolił tę rzeczywistość przewidywać. Ma nadzieję, że gdy pozna np. dwa różne momenty w czasie, to potem na podstawie cech tych momentów, różnic pomiędzy nimi i odległości opisanej w pewnych jednostkach, będzie mogła wywnioskować, jak będzie wyglądał trzeci moment, oddalony od tamtych o kolejną liczbę, wcześniej oznaczonych jednostek, czyli o jakąś odległość. Zajmuje się więc, różnymi układami danych, różnicami pomiędzy momentami. „…Tym co się dzieje w międzyczasie, nauka tak samo się nie zajmuje, jak umysłowość pospolita, zmysły i mowa, nie odnosi się ona do odstępów, lecz do krańców... To znaczy, że czas rzeczywisty, rozpatrywany jako przepływ lub, innymi słowy, jako ruchomość bytu sama, wymyka się tu spod ujęcia wiedzy naukowej…”.

Bergson postulował bowiem istnienie części rzeczywistości, która nie jest do postrzeżenia za pomocą aparatu poznawczego wypracowanego przez rozum i nauki matematyczno-przyrodnicze. Ta rzeczywistość to czas, a dokładniej, trwanie rzeczy w czasie. Aby ująć przepływ w czasie, umysł nasz musiałby skupić się na całokształcie ruchu, bo przepływ to ruch, a przecież skupia się na wybranych momentach i je opisuje, bo tylko tak potrafi. To jednak, że przepływ, następstwo w czasie istnieje, jest niewątpliwe. Czujemy to, przeżywamy niewątpliwie odstępy między momentami, wręcz nie wyróżniamy momentów, gdyż zlewają nam się w jedną całość, w jeden przebieg – Życie. A Życie nie jest statyczne i nie można go ująć opisując jego momenty, bo ono jest ruchome i wciąż stwarza się. Nie możemy więc, na podstawie tego co było, stwierdzić tego co będzie, bo to się dopiero stanie i jest nieprzewidzialne. Gdybyśmy mogli bowiem przewidzieć przyszłość, czyli opisać jak wygląda na podstawie oglądu przeszłości i teraźniejszości, to by oznaczało, że ona już istnieje, a więc już tam gdzieś jest, a nie dopiero się zdarzy. Czas więc, jak taśma filmowa, byłby rozciągnięty w przestrzeni i przeszłość, teraźniejszość i przyszłość istniałyby równocześnie, a poszczególne wydarzenia w czasie, też by istniały równocześnie, jak istnieją poszczególne fazy ruchu na taśmie filmowej. Tak, ale na tej taśmie nie ma żadnego ruchu! Są tam tylko obrazki statyczne, poszczególne kadry i nic się tam nie rusza. Co najwyżej my musimy ruszyć głową, aby wzrok nasz przebiegł od krańca taśmy, do krańca. Jeśli zrobimy to odpowiednio szybko (a jeszcze łatwiej będzie, jeśli ktoś nam tę taśmę z odpowiednią prędkością przed okiem przesunie), to wtedy zobaczymy ruch postaci na filmie. Ale wiemy, że to nie ruch, tylko różne obrazki, jeden po drugim. A więc jest to tylko złudzenie, oparte na naszym zmyśle wzroku, który tak łatwo dał się oszukać. No to teraz, odpowiednio, powinniśmy powiedzieć, że i w rzeczywistości ruchu nie ma. Skoro przeszłość, teraźniejszość i przyszłość istnieją równocześnie, to i zdarzenia w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości też istnieją równocześnie. I nic się nie wydarza, bo wszystko już jest. I zawsze było.

„Bzdura”, powie ktoś, „co to za pomysł! Przecież ja wiem, czuję, że ciągle się coś wydarza. Ciągle coś nowego, nieprzewidzianego”. Oczywiście, ja też to czuję. No więc coś się nie zgadza. Czyli, np. czas nie może już cały istnieć, tylko się staje. Czyli przeszłości już nie ma, teraźniejszość jest, a przyszłość dopiero będzie, czyli się stworzy. Więc ta nasza rzeczywistość to nie zbiór momentów (kadry filmu), ale jakaś całość i nie da się jej poszatkować na oddzielne fragmenty, bo one istnieją tylko łącznie, oddziałują na siebie, więc wspólnie jako całość wytworzą przyszłość. Bergson mówił:”…Czas jest tworzeniem, albo nie jest niczym zupełnie.” Podstawową bowiem cechą rzeczywistości, jest stawanie się jej. Utrzymywał Bergson, że rzeczywistość nie jest mechanizmem, ale organizmem, czyli cechuje ją życie, a to życie samo jest ruchem twórczym. Organizm nie jest wieczny, więc jeśli trwa, to znaczy że wciąż się staje i w ten sposób egzystuje w czasie. Gdy część jego umiera, inna część się tworzy i istnieje on wciąż, nie numerycznie, ale w formie.

Skoro tak się sprawy mają, to jak my postrzegamy ten przepływ w czasie i to tworzenie się, skoro aparat poznawczy rozumu i nauki nam na to nie pozwala? Bo że postrzegamy, to rzecz pewna, każdy z nas o tym wie. Ciężko tylko, jakoś zwięźle i jasno o tym powiedzieć. Poznajemy bowiem tę pozostałą część rzeczywistości przez intuicję. Nie jest to bynajmniej, jakaś praktyka szamańska, jak się to powszechnie kojarzy. Bergson uważał, że jest to moc intelektualna, która potrafi wniknąć w tę ruchomą naturę rzeczywistości i porównywał ja po trosze, do instynktu zwierzęcego, sugerując raczej odległe, wspólne źródło obydwu, niż bliskie pokrewieństwo. Z intuicyjnego poznania nie wynikają bezpośrednie skutki praktyczne, jest ono w zasadzie bezużyteczne, ale jest poznaniem w trwaniu, pozwala więc nam dopełnić obraz rzeczywistości jaki daje nauka i dzięki temu możemy powiększyć naszą wiedzę o materii i przekonać się o nieustannym narastaniu wszechświata. Możemy w nowym świetle popatrzeć na życie na naszej planecie. Jest tylko mały problem z tym poznaniem intuicyjnym. Mamy kłopot z wyrażeniem wyników tego poznania, tak, aby dla wszystkich były jednakowo zrozumiałe.

Wyniki poznania intuicyjnego wymykają się określeniom językowym. Jakoś tak się dzieje, że nie możemy tych wyników ująć w ścisłych terminach naukowych. Na przykład mówimy, że czas płynie. No ale jak to czas płynie, jak może płynąć? Woda przecież płynie, bo jest cieczą, a nie czas! Czas również nie leci, nie jest bowiem przedmiotem w przestrzeni. No to co robi? Mija? No ale co on mija? I jak? Te wyrażenia to oczywiście metafory, rodem z języka poetyckiego, a nie ze ścisłego języka nauki. Bergson uważał, że tylko językiem poetyckim możemy opisać wyniki poznania intuicyjnego. Język ten bowiem powstał, aby opisywać te dziwne wrażenia, które mają artyści, a oni w poznawaniu intuicyjnym to dopiero są biegli. Znakomita większość z nich na temat rzeczywistości niewiele wie. Oni wszystko czują, intuicyjnie wszystko poznają i intuicyjnie wiedzą. I trudno ich przekonać, że jest inaczej, bo wierzą tylko intuicji. Poznanie rozumowe nie ma dla nich takiej wartości jak intuicyjne. I aby tę wiedzę zaczerpniętą z intuicyjnego poznania wyrazić, stworzyli swój język, język poezji, język sztuki. Powinniśmy więc chyba brać z nich przykład i nasze poznanie intuicyjne, jego wyniki, opisywać za pomocą tego języka. Języka metafor i przenośni.

Problem tylko z tym językiem jest taki, że jest on niejasny i nieścisły. Za starożytnymi można by powiedzieć, że jest on „ciemny”. Te metafory więcej mogą zaciemnić niż rozjaśnić. Jeśli bowiem powiem, że czas leci, to czy będę miał pewność, że każdy na podstawie tego stwierdzenia ujrzy to samo, czyli ten sam, w ten sam sposób lecący czas? Raczej wątpliwe. Prędzej każdemu się to wyrażenie z czymś skojarzy i za pomocą tego skojarzenia, będzie on ten lecący czas postrzegał i pojmował. Jeśli teraz jeszcze uwzględnimy, że artysta pisząc wiersz, nie koniecznie obwieszcza światu jakąś uniwersalną prawdę i nie o prawdę w ogóle mu chodzi, a język poetycki nie do obwieszczania prawdy jest tylko do budzenia skojarzeń estetycznych i poruszania emocji, no to ciężko od niego wymagać, aby prawdziwy obraz rzeczywistości przekazywał. Sztuka w ogóle nie rości sobie ambicji do bycia komunikatem bezpośrednim, czyli obwieszczeniem, że jest „tak a tak”. Sztuce nie zależy na tym, aby inni rozumieli, o czym ona mówi. Jej zależy aby ja postrzegać, że istnieje i jej istnienie kontemplować. A wynik kontemplacji jest obojętny, ważne że jest. Bo to oznacza, że sztuka zaintrygowała odbiorcę. A że każdy odbiorca, inaczej zrozumiał sztukę? No i co z tego, to nawet lepiej, bo jest przez to różnorodniej. I jest ruch! I jest ciekawiej i absolutnie nie do przewidzenia!

19:22, mazur_rafal , Filozofia
Link Dodaj komentarz »
Poznanie cd

Wszystko jest dobrze, dopóki możemy traktować sprawę lekko, ale przecież mówimy o postrzeganiu rzeczywistości, czyli o rzeczywistości samej. Tego lekko potraktować nie można. Ten język ma nas informować o tym, co nas otacza, o innych ludziach, w oparciu o informacje nim przekazane będziemy sobie z ludźmi tworzyli relacje i swoje zdanie na temat świata. Ten język ma nam mówić o tej części rzeczywistości, której nie postrzegamy poznaniem rozumowo-naukowym. W oparciu o tę wiedzę wyrobimy sobie zdanie na wiele ważnych tematów, a tu jak widać do pewników daleko. Skojarzenia na jakiś temat, mogą być przecież różne, w zależności od tego, kto kojarzy. Kiedy słyszę jakąś metaforę, rodzi się we mnie obraz tego, co ona przedstawia. Ale w moim znajomym, może się urodzić inny obraz inspirowany tą samą metaforą. Nawet niech będzie podobny, ale jednak inny. (Stąd problem, co poeta chciał powiedzieć, a potem po dyskusji i tak ktoś nam ustala, o co poecie chodziło, choć wiersz ma 74 wersy i każdy może go przeczytać.) Skoro więc, w dwóch osobach rodzi się różny obraz rzeczywistości, to chyba mogą mieć one wątpliwości, czy o tej samej rzeczywistości mówią. Jednak raczej mówią o tej samej. Skąd ta pewność? Stąd, że jest to dopełnienie rzeczywistości opisanej przez naukę, językiem ścisłym, dokładnym, bez niedomówień. Rzeczywistości, która rości sobie miano obiektywnej, równo dostępnej każdemu. A ta rzeczywistość poznana intuicją, to nie osobny byt, ale druga część tamtej, poznanej rozumowo. Więc postrzegamy tą samą, ale postrzegamy inaczej. Może więc, te metafory, których używamy do opisania wyników poznania intuicyjnego, psują nam obraz tego poznania? Więcej zaciemniają niż rozjaśniają? Dla jasności przekazu, moglibyśmy więc z nich zrezygnować. Ale już ustaliliśmy, że tylko one nadają się do opisania poznania drogą intuicyjną. Kiedy zlikwidujemy metafory, nie będziemy mogli nic mówić, bo języka zabraknie. A my przecież chcemy się komunikować, aby ustalić jakiś wspólny grunt, dla wspólnej egzystencji. Chcielibyśmy mieć pewność, że jak mówimy o czymś, to wszyscy wiedzą, o czym mówimy. Inaczej bowiem, nie warto byłoby mówić. Albo można by poprzestać na mówieniu do siebie, skoro inni i tak nie rozumieją.

W stosunku do części rzeczywistości mamy jasność na temat jej wyglądu. To ta część opisywana za pomocą nauki. Ale z resztą która się nauce wymyka, jest zdecydowany kłopot. Język którym się posługujemy przy opisie jej wyglądu, jest niejasny i metaforyczny, nie gwarantuje nam ścisłości opisu. Nie wiemy, czy gdy o czymś mówimy, to inny widzą tę rzecz, tak jak my. Co wrażliwsze umysły mogą zacząć podejrzewać, że żyjemy w odrębnych rzeczywistościach, skoro ich obrazy nam się nie pokrywają. Tu na szczęście wiedza oparta o poznanie rozumowe nas uspokaja: to ta sama rzeczywistość dla wszystkich. Jest opisana przez naukę i wszyscy widza ten sam wynik tego opisu! To już lepiej wygląda i znaczy to, że nie możemy uzgodnić wyglądu tylko części rzeczywistości. Bergson jednak twierdził, iż to ta „prawdziwsza” część, więcej o całości rzeczywistości mówiąca, niż ta poznana naukowo.

Wynika z powyższego, co następuje. Jest jakaś rzeczywistość, a my ją postrzegamy na dwa różne sposoby: naukowo-rozumowy i intuicyjny. Każde z tych postrzegań dotyczy tylko części świata, nie można więc poprzestać na jednym, uzupełniają się one w opisie całości. Poznanie rozumowo-naukowe jest raczej obiektywne. Co do intuicyjnego, tej pewności nie mamy. Język bowiem, którego używamy do opisu wyników tego poznania, jest metaforyczny i niejasny, to język poezji. Może więc postrzegamy za pomocą intuicji tak samo i to samo, ale nie możemy tego uzgodnić, nie zgadzają nam się obrazy tego czegoś, a przynajmniej opisy tych obrazów. Więc może jest inaczej, może tak naprawdę, każdy żyje w innym świecie, a te światy tylko się ze sobą zazębiają, jak różne zbiory się zazębiają częściami wspólnymi? Można sobie i to wyobrazić. Nie uzyskamy co do tego pewności, dopóki nie znajdziemy innego języka do opisania wyników poznania intuicyjnego. A jeśli to poznanie nie da się wyrazić w innym języku, jeśli jest wyrażalne tylko w metaforach i przenośniach? To możemy nigdy nie dojść do wspólnego obrazu rzeczywistości, do porozumienia, co do jej wyglądu. Może się okazać, że jesteśmy w tym świecie sami, bo tylko my go postrzegamy, a z innymi łączy nas tylko fragment świata opisany przez naukę, która w dodatku, wciąż modyfikuje wyniki swojego poznania. A dla tych, którzy nauką się nie interesują i nie znają wyników jej ustaleń, to w ogóle nie ma obiektywnej rzeczywistości i każdy, równie dobrze może żyć w swoim, odrębnym świecie.

Skoro, więc nie dysponujemy wspólnym, obiektywnym gruntem, to na czym mamy oprzeć wzajemne rozumienie się? Gdzie to podłoże do porozumienia, skoro rzeczywistość jest postrzegana relatywnie, na tak wiele sposobów, ilu jest postrzegających? Gdzie znaleźć punkty wspólne, w oparciu o które można by uzgodnić jednakie dla wszystkich kryteria ocen i wartości? Musimy je sobie sami, wspólnie wytworzyć. Uzgodnić, ustalić i opisać jak najlepiej potrafimy. Aby tego dokonać musimy zrobić ustępstwo, kreując wspólną rzeczywistość, musimy ją zbudować w oparciu o wszystkie punkty wspólne, wszystkich spostrzeżeń rzeczywistości, a nie tylko w oparciu o nasz obraz świata. No bo nikogo nie przekonamy, że to nasz obraz tego świata jest prawdziwy, choć wyraźnie to czujemy, skoro każdy widzi go inaczej. Możemy więc, albo się upierać przy naszym postrzeganiu świata i żądać jego akceptacji od innych, albo z innymi koegzystować we wspólnym obrazie świata, a różnice przemilczeć. Wybór jest de facto, pomiędzy samotnością, a życiem z innymi w świecie.

19:18, mazur_rafal , Filozofia
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2